Chwila, w której wszystko się rozpadło
Gdy ktoś pyta mnie dziś, co zmieniło moje życie, mogłabym powiedzieć: „numerologia”, „numeroterapia”, „przebudzenie duchowe” … Ale prawda jest taka, że najpierw wszystko musiało się rozpaść. I rozpadło się z przytupem – dokładnie w chwili, gdy powiedziałam „tak” drugiemu mężowi, dokładnie 13 lat temu.
Dosłownie kilka dni po tej decyzji moje ciało przestało działać tak, jak do tej pory. Z dnia na dzień odebrało mi władzę, jakby odłączyło prąd bez pytania o zgodę. Nie mogłam normalnie chodzić, czułam się jakby ktoś przejął kontrolę nad moim układem nerwowym. Jakby moje ciało powiedziało: „To nie jest Twoja droga” – ale użyło do tego tak drastycznego języka, że nie miałam, jak tego zrozumieć. Wtedy jeszcze.
Ciało, które przestało mnie słuchać – a może wreszcie zaczęło mówić
Lekarze? Bezradni. Diagnozy zmieniały się jak w kalejdoskopie, a ja coraz bardziej zapadałam się w bezsilność. Ostatecznie udało się mnie jakoś ustabilizować – leki, terapie, próby ogarnięcia, co się dzieje.
A ja? Chciałam tylko przetrwać, ale znaleźć winnego! Przeszłam klasyczny zestaw: co zrobiłam źle? Czemu moje ciało się zbuntowało?
Ale pytanie „dlaczego ja?” nie dawało mi spokoju. Przecież nikomu nic złego nie zrobiłam. Piłam okazyjnie, nie paliłam, nie ćpałam. A jednak moje ciało potraktowało mnie jak wroga.
Z perspektywy czasu widzę, że ono nie potraktowało mnie jak wroga – to ja traktowałam je wrogo przez większość mojego życia.Nie spałam, bo „trzeba być produktywną”.
Nie jadłam, żeby się odżywić – jadłam, żeby przeżyć. Najczęściej byle co i byle jak.
Ćwiczyłam do odcięcia – bo ciało miało wyglądać, nie czuć. Seks? Często był formą udowadniania sobie, że jestem coś warta. Nie dlatego, że czułam bliskość, tylko dlatego, że może wtedy mnie ktoś pokocha. Alkohol? Ograniczony do minimum – i dziś już wiem, dlaczego. Wolę mieć czysty umysł i czyste ciało, a nie kolejny wieczór z głową z watoliny, szczególnie gdy zaczęłam rozumieć, jak bardzo energia w ciele potrzebuje przestrzeni, nierozpraszania.

Karma 26 – duchowa lekcja oddania kontroli
Ale dopiero wejście do szkoły numerologii sprawiło, że puzzle zaczęły się układać. Gdy zobaczyłam mój portret numerologiczny i odkryłam karmę 26, zamarłam. Nie miałam jej w dacie urodzenia. Nie urodziłam się z nią. Odziedziczyłam ją od partnera. Dosłownie w momencie, gdy przyjęłam jego obecność na stałe do swojego życia, aktywowała się we mnie karma, którą niosła jego dusza – a moja najwyraźniej się na to zgodziła, bo miała coś do zrozumienia.
Karma 26 to nie żarty. To program odłączenia się od ciała, od natury, od życia. To duchowy reset przez fizyczne zatrzymanie. Pokazuje, że gdzieś w przeszłych wcieleniach (a może i tym?) przekroczyłam granice wobec siebie – narzucałam, kontrolowałam, rządziłam wszystkim poza… sobą. I teraz miałam się nauczyć oddać kontrolę, zaufać ciału, życiu, duchowi.
Numerologia i numeroterapia – mapa do uzdrowienia
Numeroterapia poszła jeszcze głębiej. Pokazała mi, że moje ciało nie chorowało bez powodu. Ono było moim największym sprzymierzeńcem. Krzyczało, błagało, zatrzymywało mnie, bo ja nie chciałam się zatrzymać sama. I nie, nie robiłam tego ze złej woli. Po prostu nikt mnie nigdy nie nauczył, że ja też jestem ważna. Że moje ciało nie jest kontenerem na moją duszę, tylko jej domem. I jak każdy dom – potrzebuje ciepła, troski i… MIŁOŚCI.Dziś naprawdę kocham swoje ciało.
Mówię mu „dziękuję”, kiedy mnie niesie przez dzień.
Nakładam balsam z czułością, jakbym go przepraszała za lata zaniedbania.
Kąpię się nie po to, żeby się umyć, ale żeby się nasycić.
Nie katuję się dietami ani treningami. Dbam, ale nie przeginam.
Uczę się słuchać, kiedy mówi „stop”. Szanuję, kiedy mówi „teraz”.
I w końcu mogę spojrzeć w lustro i nie odwracać wzroku.

Nowa relacja z ciałem – czułość, wdzięczność i szacunek
To jest moja przemiana.
I choć wciąż mam dni, kiedy zapominam, to ciało zawsze mi przypomina.
Nie jestem już dla niego tyranem. Jestem jego przyjaciółką.
Dziś wiem jedno:
Choroba nie przyszła, żeby mnie ukarać czy mnie zniszczyć.
Przyszła, żeby mnie obudzić…zatrzymać
Po to, bym mogła się w końcu spotkać ze sobą.
I nauczyć, że tam, gdzie mieszka dusza – ciało jest świętością. Nie śmietnikiem na emocje. Nie bojownikiem bez snu. Nie przedmiotem do udowadniania wartości.
Ciało to jedyny dom, w którym żyję naprawdę.
Kiedyś szukałam ratunku wszędzie poza sobą. Dziś wiem: klucz zawsze był we mnie. Wystarczyło przestać się siebie bać i nauczyć się kochać – naprawdę.
Aga B Akinfolarin, Numeroterapeutka


